Gry godowe bywają różne.
U Iry i Olega to „łap mnie, cegło”.
On rzuca agresywne małe przedstawienia, ona udaje bezradną biedulkę. On warczy, ona cierpi. On naciska, ona subtelnie informuje świat, że znowu wpadła w łapy potwora, chociaż od dawna zna grafik karmienia tej bestii.
U Asi i Piotra to „dworzec dla trojga”.
A ci trzeci regularnie się zmieniają. Ktoś odchodzi, ktoś przyjeżdża. Niezmienna pozostaje tylko wieczna scena peronowa: on próbuje dokądś odejść, ale nie odchodź; ona przeklina go, trzymając się nogawki.
U Swiety i Wani to „polka”.
Dziwna choreografia, w której z czterech nóg tańczą tylko dwie. Swiety.
Ona niesie wielką miłość, dom, nadzieję i biednego Waniuszę, który jakby urodził się już lekko zmęczony własnym udziałem w życiu.
U Nadii i Dimy to „nieuchwytny Joe”.
On ucieka, ona pędzi za nim. Kiedy ma więcej sił, biegnie. Kiedy mniej, pełznie. Główny warunek gry: zawsze pozostawać w odległości, żeby oboje zachowali świętą możliwość cierpienia.
U Natashy i Saszy to „matki i córki”.
A dokładniej — matki i synowie.
Kapryśny mały chuligan i mamusia, która biega po wewnętrznej księgarni w poszukiwaniu przepisu na reedukację dorosłego chłopca, który dawno nauczył się żyć tak, żeby ktoś wciąż go ratował.
U Tani i Kostii to „mądra dziewczynka i bestia”.
Ona daje mu wszystko.
On daje jej słowo zakazane przez zdrowy rozsądek i resztki kobiecej godności.
To oczywiście nie cała różnorodność.
Dla jednych gry godowe są o agresji.
Dla innych o opiece.
Dla innych o miłości.
Dla innych o pieniądzach.
Dla innych o wierności.
Dla innych o zdradzie.
Dla innych o wiecznym „ja cię uratuję”, choć oboje należałoby już dawno ratować, najlepiej osobno.
W ogóle wszystko jak w naturze.
Jedne ptaki przynoszą prezenty.
Inne tańczą.
Jeszcze inne drą się na cały las, żeby wszyscy zrozumieli, jaki godny pozazdroszczenia pan młody stoi przed nimi.
Niektóre zwierzątka się przytulają.
Inne warczą.
Jeszcze inne najpierw gryzą, a potem dziwią się, że nikt nie chce rodzinnego gniazdka.
Każdemu swoje.
Najważniejsze zauważyć jedną prostą rzecz.
Scenariusz gry godowej prawie zawsze odpowiada wewnętrznemu zapotrzebowaniu człowieka.
Temu, kim chce być w relacji.
Kim umie być.
Kim przywykł być.
I jaką metodą przywykł otrzymywać miłość, uwagę, władzę, litość, potwierdzenie własnej wartości albo prawo, żeby znów powiedzieć: „no przecież wiedziałem”.
A kiedy to staje się widoczne, wiele rzeczy układa się na swoim miejscu.
Bo relacje rzadko zaczynają się od drugiego człowieka.
Częściej zaczynają się od roli, którą już przynieśliśmy ze sobą.
Takie rzeczy, moi drodzy...

