Każde przejście na nowy etap opłaca się kryzysem.
Tak czy inaczej.
Oryginalność opłaca się wstydem.
Wyjście ze współzależności — zerwaniem.
Narodziny — bólem.
Bliskość — kompromisami.
Wolność — samotnością.
I tak dalej.
Wszystko ma swoją cenę.
Jeśli człowiek zbyt długo pozostaje w roli, która już się wyczerpała, zaczyna cicho zsuwać się w emocjonalne bankructwo.
Nie ma już sił.
Nie ma motywów.
Nie ma zainteresowania.
Nie ma wewnętrznego ognia.
Dalej się porusza, mówi i wykonuje znane czynności, ale wewnątrz jego rola dawno stała się pustym ubraniem, które z jakiegoś powodu nadal nosi.
Wokół jest wielu takich ludzi.
Matki mówiące do nastolatków tak, jakby mieli dwa lata.
Dyrektorzy, których dawno przestały obchodzić raporty.
Trzydziestoletnie nimfetki.
Wieczni studenci.
Porządni mężowie, którzy dawno umarli we własnej porządności.
Prawdolubcy z gołym tyłkiem.
Ratownicy, których samych należałoby wynosić z ognia.
I mrok innych postaci, każda ze swoją kwestią, swoją pozą i swoim sposobem, by nie wejść w następny etap.
Im dłużej zostajesz w wyczerpanej roli, tym bardziej stajesz się postacią.
Wszystkie jej kwestie są przewidywalne.
Wszystkie kroki zapisane.
Wszystkie reakcje znane z góry.
Dyrektorzy bankrutują.
Nimfetki uwodzą.
Matki oskarżają.
Prawdolubcy tną.
Ratownicy ratują.
Ofiary cierpią tak, jakby nie był to już ból, lecz zawód.
I to wszystko może trwać latami.
Bo stara rola, nawet martwa, nadal wydaje się bezpieczniejsza niż nieznane.
Co tu jeszcze powiedzieć?
Wypadałoby na końcu wyciągnąć morał, ale nie ma w tym prawdy, kiedy twój własny kryzys stoi przed tobą jak wielkie jezioro ciemnej wody, do którego trzeba zanurkować całym sobą, nie wiedząc, czy wystarczy powietrza.
Być gotowym utonąć, nigdy nie dotykając dna.
Albo przebić je własną głową i wyjść po drugiej stronie.
Być gotowym na własną niegotowość.
Ludzie wchodzący w kryzys często mają złudzenie, że uda im się zachować życie bez zmian.
Te same więzi.
Tę samą twarz.
Ten sam poziom.
Ten sam obraz siebie.
Tę samą wygodną legendę o tym, kim są.
Ale kryzys zawsze oznacza zmianę.
Przede wszystkim zmianę tego, co najtrudniej zmienić.
Inaczej nie byłby kryzysem.
Wcześniej czy później trzeba będzie w niego wejść.
Bo kiedy wahasz się na brzegu, i tak płacisz.
Swoim czasem.
Swoimi siłami.
Swoim zainteresowaniem.
Swoją żywością.
A w końcu — własnym życiem.
Tak czy inaczej...

